10-2016 Salowa

Tamtej soboty miała „dniówkę”. Mimo iż było dopiero koło południa, odebrano już sześć porodów. W szaleńczym biegu udało jej się zjeść pierwsze śniadanie. O drugim nie było mowy. Musiała zachować odpowiednie tempo, bo oprócz „obróbki” miejsc porodowych czekało przecież codzienne sprzątanie. Zresztą nie tylko to należało do jej obowiązków.

W szpitalu powiatowym tłok od razu rzucał się w oczy. Nawet na położniczym. Nie pierwszy raz zdarzyło się, że trzy kobiety rodziły niemal w tym samym czasie. Jedna była w trakcie, druga właśnie szczęśliwie skończyła, a u trzeciej dopiero się zaczynało. Wycierając stanowisko po „świeżo upieczonej” mamie, zorientowała się, że ostatnia dziewczyna została celem obserwacyjno-naukowym dla grupki studentów.

- Biedaczka nie wie, że ma prawo nie zgodzić się na to – pomyślała ze smutkiem.

Studenci medycyny, przyszli lekarze – poważny tytuł, który do „czegoś” zobowiązuje. A tak naprawdę to zwykli ludzie, z których nie mała część w żadnym razie nie nadaje się do tej pracy. Kompletny brak właściwego podejścia, nie wspominając o powołaniu. Niektórych, po zachowaniu - gdyby nie mieli fartucha - czasami można by wziąć za meneli, jakich spotyka się na ulicy. Pracowała w tym szpitalu wystarczająco długo, aby o tym wiedzieć, ale nie potrafiła się do tego przyzwyczaić. Młoda rodząca kobieta właśnie na takich trafiła.

Naturalnie zgadzała się z tym, że studenci powinni korzystać nie tylko z książek, ale muszą też uczyć się na tzw. żywych przykładach. Uważała jednak, że lepiej by było przydzielać ich do pacjentów pojedynczo. Nie tylko inaczej podchodziliby do chorego, ale i przyswajalność wiedzy byłaby wyższa (…)

 

Tekst: Justyna Kędzia

Red.:
Dalsza część artykułu w papierowej wersji gazety. 
Cały numer gazety, wraz z tym artykułem, dostępny będzie jako PDF po ukazaniu się kolejnego papierowego numeru gazety.

Moja kropla w morzu do tematu bieżeństwa

Moją „kroplą w morzu” są okruchy wspomnień jakie przekazali mi moi bliscy ze swej tułaczki w czasie bieżeństwa.
Uczestnicy tych wydarzeń odeszli… Już tylko my, ich dzieci w wnukowie możemy opowiedzieć o ich przeżyciach, bo tak często o tym słuchaliśmy, bo te niezwykłe opowieści o niezwykłych czasach towarzyszyły nam od dzieciństwa. W bieżeństwie uczestniczyły miliony ludzi, lecz tak naprawdę wiedza o nim stała się dostępna szerszemu ogółowi dopiero w setną rocznicę.
Ja również dorzuciłam swoją małą kroplę do morza wspomnień, które popłynęły z okazji obchodów tej rocznicy. Moją „kroplą”, a właściwie dwiema, był udział w konkursie „Jestem bo wrócili”. Przywracanie pamięci w setną rocznicę bieżeństwa. Konkurs organizowany był przez cerkiew.pl i Stowarzyszenie ORTHNET. Na konkurs wysłałam dwa teksty – o przeżyciach w bieżeństwie mojej teściowej oraz to, co zapamiętałam ze wspomnień mojej babci.
Podsumowanie konkursu dobyło się 19 września w Akademii Supraskiej. Zostaliśmy zaproszeni już na 18 września na wieczór przy ognisku. Dołączyli do nas goście, uczestnicy konferencji naukowej, która w tych dniach odbywała się w Akademii.
19 września, przed ogłoszeniem wyników konkursu mieliśmy okazję wysłuchać referatów, jakie w tym dniu wygłaszano na konferencji. Konferencja przebiegała pod hasłem „Cerkiew w drodze”. Wysłuchaliśmy prelegentów z Grecji, Białorusi i Litwy. Wystąpił także poseł naszej ziemi Pan Eugeniusz Czykiwn. W owym referacie stwierdził m.in., że wyraźne zapóźnienia, jakie występowały w rolnictwie na naszych terenach miały swoje źródło właśnie w bieżeństwie. Nasze rolnictwo, zdaniem prelegenta, osiągnęło poziom przedwojennej Wielkopolski dopiero po latach 60-tych ubiegłego wieku. Zgadzam się z tym. Pamiętam kiedy na polach mojej rodzinnej wsi pojawiły się pierwsze kosiarki konne, siewniki, traktory. Snopowiązałkę miał tylko jeden gospodarz we wsi. Na innych terenach te maszyny znane były od dawna, już bieżeńcy zetknęli się z nimi w niektórych rejonach carskiej Rosji.
Z bardzo różnych przyczyn nie wszyscy wrócili z tułaczki. Ci, którzy wrócili zastali swoje zagrody całkowicie zdewastowane. Jak wyglądały wsie do których wracali ilustrują nieliczne zachowane fotografie, mówiły wspomnienia naszych bliskich. Jeśli nawet zabudowania nie były całkowicie spalone, to były tak zniszczone, że niejednokrotnie ponad zawaloną strzechą wyrastała brzózka. Zarośnięte pola, brak inwentarza, ziarna do siewu, właściwie wszystkiego. Życie po powrocie należało zaczynać od wykopania ziemianki. Pamięć o ludziach, którzy tyle wycierpieli, byli wprost niewiarygodnie dzielni i wytrwali nie może zaginąć. Oni potrafili dosłownie z popiołów wskrzesić życie.
Na szczęście okazało się, że obchody setnej rocznicy obudziły wspomnienia. Na konkurs „Jestem bo wrócili” wpłynęło bardzo dużo prac, organizatorzy nie ograniczali formy wypowiedzi, dlatego była duża różnorodność materiałów konkursowych: sztuki teatralne, wiersze, prace plastyczne, spisywane wspomnienia, a Pani Barbara Goralczuk (ur. w 1970r. we wsi Mokre niedaleko Bielska Podl.) napisała powieść pt.: „Nadzieja aż po horyzont”. Pani Barbarze udało się wydać tę książę i mogliśmy ją nabyć z rąk autorki oczywiście z autografem! Powieść autorka oparła na wspomnieniach swojej babci z okresu bieżeństwa.
Cieszy duże zainteresowanie młodzieży. Słuchaliśmy wierszy w wykonaniu najmłodszych, oglądaliśmy wystawę prac plastycznych, a zespoły młodzieżowe z Topilca i Białowieży wystawiły świetnie wykonane sztuki teatralne.
Okazało się, że zainteresowanie konkursem przerosło nawet oczekiwania organizatorów. Z pomocą w zakupie nagród pośpieszyły niektóre samorządy, wśród nich znalazł się nasz. Nagrodę dla mnie ufundował nasz Burmistrz Pan W. Konończuk za co serdecznie dziękuję. Nagrodę wręczył mi w Supraślu z-ca Burmistrza Pan J. Chmielewski. Uważam to za ogromny zaszczyt i jeszcze raz bardzo dziękuję. Otrzymałam 3 przepiękne albumy i 2 niezmiernie interesujące płyty.
Organizatorzy konkursu prosili o przesyłanie w dalszym ciągu wspomnień. Zamierzają je opublikować.
Irena Kuryło