2-2017 Projekt GOK na 10 miejscu w Polsce!

Projekt GOK na 10 miejscu w Polsce!

Rozmowa z Marcinem Siekierko, Dyrektorem Gminnego Ośrodka Kultury w Michałowie

Gazeta Michałowa: Skąd pochodzą środki które udało Wam się pozyskać?

Dyrektor Marcin Siekierko: Fundusze pochodzą ze środków pozostających w dyspozycji Dyrektora Narodowego Centrum Kultury w ramach programu DOM KULTURY+ INICJATYWY LOKALNE 2017. Celem programu jest zwiększenie zaangażowania ośrodków kultury w życie społeczności lokalnych poprzez odkrywanie i wspieranie oddolnych inicjatyw kulturotwórczych, realizowanych przez mieszkańców gmin. Zadanie będzie realizowane w dwóch etapach, pierwszy w terminie 20 lutego do 30 czerwca a drugi od 31 lipca do 20 listopada. W chwili obecnej otrzymaliśmy dofinansowanie na realizację pierwszego etapu, dopiero pod koniec jego realizacji składa się obowiązkowo wnioski na etap drugi. 

G.M.: Ile dokładnie wynosi kwota dofinansowania? 

M.S.: Kwota dofinansowania jaką już nam przyznano (na etap I), to 8.000 zł. Warto podkreślić, że poziom dofinansowania wynosi tu 100%, czyli nie dokładamy do realizacji tej części ani jednej złotówki z własnego budżetu. Na drugi etap zadania można będzie otrzymać do 22.000 zł a dofinansowanie zadania będzie wynosić do 95%. Łatwo więc policzyć, że nawet w przypadku jeśli sięgniemy po maksymalną kwotę 22.000 zł, to łącznie na całe zadanie otrzymamy 30.000 zł przy wkładzie własnym wynoszącym zaledwie 1.100 zł (…)

Joanna Dąbrowska 

Red.:
Dalsza część artykułu w papierowej wersji gazety. 
Cały numer gazety, wraz z tym artykułem, dostępny będzie jako PDF po ukazaniu się kolejnego papierowego numeru gazety.

10-2016 Wyjątkowa rocznica naszego Kościoła

Gazeta Michałowa: Rok 2016 jest rokiem wyjątkowym pod wieloma względami: Wielki Jubileusz 150–lecia chrztu Polski, Rok Miłosierdzia, Światowe Dni Młodzieży, czy też 100 –lecie rzymskokatolickiej  parafii p.w. Opatrzności Bożej w Michałowie. Jak wyglądały i ile czasu trwały przygotowania do jubileuszu parafii?

Ks. Krzysztof  Andryszak: Początkiem przygotowań były Misje Parafialne, miały otworzyć rok przygotowań. Była też peregrynacja obrazu Jezusa Miłosiernego. Zależało nam na tym, ażeby przenieść poziom parafialny na poziom rodziny. Taki był główny zamysł, żeby słuchać nie tylko proboszcza, ale żeby była zachęta do odkrywania wszystkich dzieł miłosierdzia. Obyło się przyjęcie pielgrzymów – wędrowców, zaangażowanie się w dzieło pomocy dzieciom (paczki, śniadania na roraty)

GM: Na chwilę przenieśmy się do ubiegłego stulecia. Co skłoniło ówczesnego proboszcza z parafii w Zabłudowie do budowy kościoła, a raczej kaplicy?

Ks. K.A.: Do 1915 roku nie było mowy o kościele, dopiero w toku budowy inż. Lenczewski zmienił pierwotny projekt kaplicy na kościół. Michałowo i okolice były punktami dość daleko oddalonymi od parafii zabłudowskiej. Pomysł był taki sam jak i dziś, a mianowicie, żeby to nie ludzi ciągnąć do kościoła tylko żeby wyjść do nich. Tych powodów było wiele. Jednym z nich był też sam fakt proporcji, najwięcej było Niemców, później Żydów, na trzecim miejscu Prawosławni i Białorusini, a dopiero na czwartym miejscu Katolicy.

GM.: A teraz ilu mamy katolików w parafii?

Ks. K.A.: Mamy 850 kart kolędowych. Jest to dla nas sygnałem ile jest rodzin w parafii. Jest to jednak sygnał bardzo względny, bo w dzisiejszych czasach istnieje bardzo duża migracja. Tak więc może być w jednym roku wzrost tych kart, a w kolejnym spadek. Należy też pamiętać, że karta karcie nierówna, bo jest karta, gdzie w rodzinie jest 8 osób, ale są też takie, gdzie jest tylko 1 osoba(…)

Rozmawiała: Agata Gryko

Red.:
Dalsza część artykułu w papierowej wersji gazety. 
Cały numer gazety, wraz z tym artykułem, dostępny będzie jako PDF po ukazaniu się kolejnego papierowego numeru gazety.

Szukano na mnie haka… I go znaleziono Rozmowa z Piotrem Dąbrowskim, sołtysem Jałówki

Gazeta Michałowa: Od minionych wyborów samorządowych minął już prawie rok. Jak ocenia Pan pracę Burmistrza oraz Rady?
Piotr Dąbrowski: Myślę, że należy dać Burmistrzowi jeszcze trochę czasu. Po pierwsze to nie jest jego budżet, i to nie on go tworzył, podobnie zresztą jak Rada. 100 dni to niewiele. Wiem jakimi prawami rządzi się samorząd i uważam, że potrzebny jest minimum rok, aby ze wszystkim dokładnie się zapoznać. Za moich czasów, kiedy burmistrzem był Pan Nazarko Rada miała niewiele do powiedzenia, a opozycji nie słuchano w ogóle.
G.M.: Nie żałuje Pan swojej porażki w wyborach do Rady Miejskiej?
P.D.: Nie, ponieważ gdybym się tylko bardziej postarał te wybory bym wygrał. Wygranej nie przedkładam ponad wszystko.
G.M.: Prościej jest być sołtysem czy radnym?
P.D.: Prawdę mówiąc – nie wiem. Obie funkcje mają podobny charakter. Są to przede wszystkim działania na rzecz społeczeństwa. Kiedy jest się sołtysem działa się w obrębie sołectwa, natomiast w przypadku radnego mamy do czynienia z całą gminą, więc może być trudniej.
G. M.: Czego w obecnym czasie najbardziej potrzebuje sołectwo Jałówka?
P.D.: Jest ogrom rzeczy, które należałoby zrobić. W ciągu poprzednich 12 lat zrobiono praktycznie 2 ulice, a kilka innych czynności było kompletnie nieprzemyślanych. Przykładem tego może być nazwany przez nas „Kanał G. ”, który znajduje się przy remizie. Kiedy są większe opady woda intensywnie napływa w to miejsce. Dodatkowo kanał znajduje się bezpośrednio przy wyjeździe z remizy. Z reguły jest tak, że podczas akcji największą rolę odgrywa czas. Chwila nieuwagi i samochód strażacki leży w rowie.
G.M.: Czy istnieje szansa, aby taki kanał zlikwidować?
P.D.: Oczywiście, że tak. Uważam, że należy przeprowadzić kanał aż do rzeki. Rów powinien być, ale nie tak olbrzymi. Najlepiej byłoby, aby taki kanał był kryty. Wówczas nawet wizualnie wyglądałoby to wszystko dużo lepiej. Z taką historią jaką ma Jałówka należałoby poczynić wszelkie starania, aby wypromować to miejsce. W naszej gminie nie ma innej tak bogatej historycznie miejscowości.
G.M.: Był Pan w podobnej sytuacji, w jakiej obecnie znajduje się Maria Ancipiuk. Od czego się zaczęło i jak rozwiązał się konflikt w Pana sprawie?
P.D.: Niejednokrotnie byłem przeciwny decyzjom podejmowanym przez poprzednią władzę, w związku z tym bardzo szybko stałem się niewygodny. Szukano na mnie haka… I go znaleziono. Kiedyś pracowałem jako kierowca w straży pożarnej, a właściwie jako konserwator. Posiadałem spisaną umowę z wójtem. Po chorobie nie pracowałem w straży, ale umowa pozostała nierozwiązana, mimo że nie świadczyłem pracy.
G.M.: Wówczas został Pan pozbawiony mandatu?
P.D.: Oj, to tak długa historia, że można byłoby napisać na jej podstawie powieść. O pozbawieniu mnie mandatu miała zdecydować ówczesna rada. I takiego mandatu mnie pozbawiono. Miałem natomiast prawo startu w wyborach uzupełniających i po około miesięcznej nieobecności znów zostałem radnym.
G.M.: Czego nauczyło Pana siedzenie w oślej ławce?
P.D.: Zawsze starałem się dbać o interesy lokalnej społeczności. Często wyrażałem sprzeciw wobec podejmowanych na sesji decyzji i historia z ławką właśnie się z tym wiązała. Z reguły wszystko odbywało się na zasadzie „jeszcze burmistrz nie powiedział, a już wszyscy byli za”. Demokracji w tym czasie praktycznie nie było.
G.M.: A czy Pana zdaniem demokrację mamy obecnie? W ostatnim czasie dość często mogliśmy usłyszeć w mediach o terrorze jaki sieje w Gminie Michałowo W. Konończuk.
P.D.: Powiem tak, jest zupełnie odwrotnie. Burmistrz Konończuk jest zbyt łagodny, bo niektóre rzeczy należałoby zrobić na samym początku dojścia do władzy. Każdy kto wygrywa, tworzy swój obóz współpracowników. Oczywiście, jeśli mamy do czynienia z dobrym fachowcem należy go zatrzymać, ale niektóre osoby powinny odejść od razu.
G.M.: Uważa Pan, że osłabiłoby to wpływy opozycji?
P.D.: Te wpływy już maleją. Dowodem na to są chociażby wybory uzupełniające do Rady Miejskiej. Kandydatka wspierana przez radnych opozycyjnych przegrała znaczną ilością głosów. Mówi się, że w poprzednich kadencjach zrobiono to i to. Ja jednak uważam, że niektóre z poczynionych inwestycji nie były trafione. Np. nietrafną inwestycją była budowa basenu, bo nas na to nie stać. Na budowę ratusza wydaliśmy ogromne pieniądze, a budowa nie została przecież jeszcze ukończona. Z tego co słyszałem, jedno z pięter jest niewykończone. Brakuje natomiast bazy turystycznej. Zwiększa się liczba turystów, a my nie zapewniamy im odpowiednich atrakcji. Tak dojnej „Jałówki”, jaką ma Gmina Michałowo, inni mogą tylko pozazdrościć. Dzięki tłoczni gazu Gmina zyskuje kilka milionów rocznie, a nasze tereny do tej pory były skutecznie zaniedbywane. Nie wystarczy, że nie ma podatków. Należy poczynić wszelkie kroki, aby o tą wieś zadbać.
G.M.: Ostatnio zorganizowane żniwa w Jałówce cieszyły się sporym zainteresowaniem. Czy jako sołtys będzie pan kontynuował tę imprezę za rok?
P.D.: Myślę, że tak. Planujemy nawet zasiać zboże na własną potrzebę. W 2012 odbyła się pierwsza tego typu impreza, więc teraz mieliśmy już trochę łatwiej.
Rozmawiała Joanna Dąbrowska

Z Pieniek po mistrzostwo

Antonina Jaworska jest zawodniczka Klubu Sportowego Pieńki. We wrześniu została Mistrzynią Województwa Podlaskiego w kategorii kucy w ujeżdżeniu na zawodach w Supraślu (Organizator UKS Victoria).
Gazeta Michałowo: Tosiu, ile masz lat i jak długo jeździsz konno?
Antonina Jaworska: Mam 8 lat i od pięciu lat jeżdżę na konno.
G.M.: Masz swojego konia?
A.J.: Tak, mam. Nazywa się Lando. Mój pierwszy kucyk, na którym jeździłam nazywał się Józefina. Później był właśnie Lando, który ma już mniej więcej 20 lat. Mam jeszcze jednego konia, źrebaka, na którym rzadko jeżdżę. Nazywa się marchewka. Ale Lando, to mój ulubiony konik. Jeżdżę też na dużo większych konikach. Największy miał 170 cm. Pierwszy raz galopowałam właśnie na nim.
G.M.: Często bierzesz udział w zawodach jeździeckich?
A.J.: Zanim będzie można startować w zawodach trzeba zdać egzamin na odznakę, do którego można przystąpić w wieku 8 lat. Zdałam go. Mistrzostwa Województwa Podlaskiego w kategorii kucy w ujeżdżaniu, to były moje drugie zawody. Trzecie, to był Finał Ligi Województwa Podlaskiego.
G.M.: Jak często trenujesz?
A.J.: Zazwyczaj co weekend, ale przed zawodami muszę trenować codziennie.
G.M.: Kto jest Twoim trenerem?
A.J.: Mama. Czasami troszeczkę pokrzyczy, ale nie chciałabym mieć innego trenera.
G.M.: Opowiedz nam jak wygląda Twój codzienny trening?
A.J.: Kiedy jeżdżę z kimś, to najczęściej skaczemy. A tak to zazwyczaj trochę kłusuję, stępuję, trochę galopuję, robię zmiany kierunku. Ale najpierw, przed każdym treningiem muszę sobie naszykować konia. Muszę go wyczyścić, osiodłać, muszę go sobie sprowadzić sama. A później to wsiadam i jeżdżę.
G.M.: Jaką dyscyplinę jeździectwa chciałabyś uprawiać?
A.J.: Wszechstronny konkurs konia wierzchowego (WKKW), a jeśli ujeżdżanie to klasy CC, czyli to najwyższe.
G.M.: Bardzo stresujesz się przed zawodami?
A.J.: Trochę stresowałam się na pierwszych, bo nie wiedziałam o co chodzi z dzwonkiem. Na szczęście mama mi wszystko wytłumaczyła i było dobrze.
G.M.: Tosiu, kim zostaniesz, jak dorośniesz?
A.J.: Weterynarzem. To już postanowione. Bardzo lubię zwierzęta. Często, kiedy przyjeżdża do nas weterynarz, to mu pomagam. Weterynarz leczy różne zwierzęta i trzeba niestety wybrać przy których będzie się pracować. To jest niestety najgorsze. Ja bym chciała pracować przy koniach, ale lubię też psy. Na naszym podwórku mamy ich pięć.
G.M.: A czym interesujesz się jeszcze poza jeździectwem, bo wiem, że robisz wiele innych, ciekawych rzeczy.
A.J.: Chodzę na dodatkowe lekcje języka angielskiego i pływam. Gram na okulele i jeżdżę raz w miesiącu na Uniwersytet dla dzieci w Warszawie, na którym uczymy się wielu ciekawych rzeczy. Ostatnio sprawdzaliśmy, czy ser topiony może mieć dziurki, czy rośliny lubią sól. Każdy z nas ma swój indeks i identyfikator.
G.M.: Tosiu, gdybyś miała zachęcić inne dzieci do jeździectwa, jak byś ich przekonała?
A.J.: Jeżdżenie na koniu, to bardzo fajna sprawa. Bardzo dużo się ćwiczy. Na przykład wczoraj miałam taką jazdę, że jeździliśmy bez trzymanki przez cały czas, albo bez strzemion. Klaskaliśmy przed sobą, nad głową, za sobą, dotykaliśmy uszu konia, jego ogona. To bardzo fajna zabawa.
Rozmawiała Joanna Dąbrowska