7-2017 Widziane nie tylko z ratusza

 

Na czerwcowej sesji Rady Miejskiej burmistrz Włodzimierz Konończuk po raz kolejny absolutorium uzyskał bez problemu. Niby to nic nadzwyczajnego, ale dowodzi, że samorząd w naszej gminie pracuje normalnie i właściwie wykonuje swoje zadania. Spokój i konsekwencja działania obecnej ekipy oczywiście nie są na rękę poprzedniemu burmistrzowi, który do tej pory nie może przeboleć wyborczej porażki. Według jego scenariusza nie tak przecież miało być, zwłaszcza że nowy burmistrz na początku nie miał większości w radzie. „Opozycyjni” radni poza kilkoma wyjątkami wykazali jednak zdrowy rozsądek i podjęli konstruktywną współpracę ze wszystkimi, za co należą się im słowa uznania. I tak być powinno. Na poziomie gmin podziały w samorządzie nie służą mieszkańcom, bo przecież to na nich i ich potrzebach powinni koncentrować się radni, a nie na utarczkach z burmistrzem.

Żądny powrotu do władzy poprzedni włodarz wychodzi z siebie, zaklina rzeczywistość, trzeci rok miota się, jak tu tylko zaszkodzić obecnej ekipie. Do pomocy ostały mu się w radzie już jednak tylko trzy radne, które teraz jako jedyne zagłosowały przeciw udzieleniu burmistrzowi absolutorium.

Z tonu wyraźnie zszedł też jego anonimowy blog. Ta paplanina plotek i kłamstw przynosi odwrotny wręcz skutek. Jak mawiał poeta – daremne żale, próżny trud… (minionych kształtów żaden cud nie wróci do istnienia).

Były burmistrz wraz z resztką swego towarzystwa od początku kadencji na wszelkie sposoby starają się uprzykrzyć życie obecnej ekipie. To nic nowego, gdyż wszędzie, gdzie dochodzi do zmiany władzy, najczęściej dzieje się podobnie. Z tego powodu pełne ręce roboty ma też prokuratura. Trudno nawet zliczyć, ile wydumanych zawiadomień i donosów na burmistrza Konończuka, jak też przewodniczącą Suprun w geście rozpaczy złożyli nasi adwersarze. Nic z tego nie wyszło, bo to przecież szukanie dziury w całym.

Wiosną ubiegłego roku prokuratura jedno śledztwo jednak wszczęła. Stało się tak po zawiadomieniu złożonym przez radną Marię Ancipiuk o bezpodstawnych jak się okazało przestępstwach, jakich miał dopuścić się burmistrz Konończuk przy sprzedaży przez Gminę domu Leszkowi Grycowi oraz zwolnieniu z pracy kierownika biblioteki, Julitę Niepłoch-Sitnicką. Na zakończenie czerwcowej sesji przewodnicząca Irena Suprun odczytała obszerne postanowienie prokuratury o umorzeniu śledztwa, w którym napisane też było, że „były burmistrz Michałowa Marek Nazarko poinformował CBA…”.

Zawiadamiający, a w zasadzie pomawiający, swym rozpaczliwym działaniem najwięcej krzywdy zrobili wcale nie burmistrzowi Konończukowi, ale przede wszystkim zwykłym pracownikom referatu inwestycyjnego, zakładu gospodarki komunalnej i jego kierownikowi Eugeniuszowi Załęskiemu. To im zaserwowali olbrzymią dawkę stresu, gdy byli wzywani na przesłuchania w CBA i prokuraturze. Tym bardziej, że te osoby do dziś nie mogą zapomnieć podobnych cierpień, które ich spotkały za poprzedniego burmistrza w sprawie o wiele większego kalibru, czyli kupna po mocno zawyżonej cenie zdezelowanych pojazdów i maszyn drogowych. Z powodu tamtej niegospodarności gmina straciła kilkaset tysięcy złotych. Sprawa ciągnęła się latami i miała swój finał w sądzie. Oskarżeni ostatecznie zostali uniewinnieni, gdyż nie dopatrzono się ich winy przy przeprowadzeniu przetargu. Jednak, kto i dlaczego podjął tamtą decyzję, tego nie wyjaśniono do tej pory.

Pod względem postępowań prokuratorsko-sądowych ta kadencja i tak jest bardzo spokojna w porównaniu z tym, co się działo za poprzedniego burmistrza. Popełnione wówczas zostały nawet groźne czyny kryminalne, jak przebicie opon w samochodzie opozycyjnego radnego Eugeniusza Siemieniuka. Wtedy zapadło wiele niekorzystnych dla gminy finansowo bądź wizerunkowo decyzji i wyroków w takich sprawach, jak bezprawna wycinka drzew, niewłaściwa eksploatacja gminnego wysypiska śmieci, bezpodstawne zwolnienie nauczycielki matematyki, czy zniesławienie, jakiego dopuścił się Mikołaj Greś jako ówczesny redaktor bez końca podporządkowanej burmistrzowi Gazety Michałowa.

Na nieszczęsnym prowadzonym zza węgła blogu o mylnej, na siłę przywłaszczonej nazwie „Nasze Michałowo” od początku prawie każdego dnia dochodzi do pomówień i znieważeń burmistrza, radnych i pracowników samorządowych. Jest to na tyle prymitywne, że mieszkańcy nie dają temu wiary, ale jednocześnie budzi to w gminie wielki niesmak, oburzenie i zbulwersowanie, chociaż najczęściej wielki śmiech. Wiele osób, nawet postronnych, zwracało się do nas, aby ukrócić ten proceder. Sęk w tym, że z hejtem w sieci niezwykle trudno walczyć. Prokuratura w całym kraju nieustannie prowadzi niezliczoną ilość takich postępowań. Do rzadkości jednak należą przypadki skierowania do sądu aktu oskarżenia z urzędu. Nawet, gdy dochodzenie wykazuje, iż popełniono czyn zabroniony, to poszkodowanym funkcjonariuszom publicznym (posłom, wójtom, burmistrzom, urzędnikom) wskazuje się, by zakładali sprawę z tzw. powództwa prywatno-skargowego. Jest to jednak problematyczne, gdyż sami musieliby w to mocno się zaangażować – kosztem obowiązków służbowych– i osobiście przeprowadzić czynności procesowo-dowodowe. Z tego powodu najczęściej machają w końcu ręką. Zwłaszcza że zniewaga, chociaż narusza dobre imię poszkodowanego, to jego pozycji i stanowisku raczej nie jest w stanie zagrozić, mieszkańcy (wyborcy) przez to od nich się wcale nie odwracają, nie dają się oszukać, najwyżej okazują współczucie. W naszym przypadku jest dokładnie tak samo. „Rewelacje”, „mega wiadomości” na blogu nikogo już nie wzruszają, a i sam blog mało kto czyta.

Kilka miesięcy już minęło od znieważenia mnie osobiście i to w sposób bardziej dosadny niż w internecie, bo poprzez rozrzucenie szkalujących ulotek, nawołujących do nienawiści na tle różnic narodowościowo-religijnych. Jakie osoby za tym stoją, wiadomo mi od początku, ale pociągnięcie ich do odpowiedzialności ode mnie już nie zależy. Jak napisałem wyżej, wymiar sprawiedliwości w naszym kraju ma swoje zasady, wynikające przede wszystkim z ograniczeń finansowych. Skoro byłemu polskiemu premierowi Donaldowi Tuskowi, który jest obecnie wysokim urzędnikiem we władzach Uniii Europejskiej, prokuratura w czerwcu odmówiła wszczęcia śledztwa również w podobnej sprawie, to na co ja zwykły zastępca burmistrza mogę liczyć?

Sprawa jest jednak jeszcze w toku. Zaraz po rozrzuceniu ulotek na blogu „NM” wskazano rzekomych winowajców prawie z imienia i nazwiska. Podczas meczu michałowskiej drużyny były burmistrz pośród kibiców podobno otwarcie rozpowiadał – i to z oburzeniem – że „to zrobili Gresie”. Wiadomo mi, że policja rozmawiała zarówno z ojcem, jak i synem. Oczywiście wszystkiemu zaprzeczyli. Jeśli pan Marek i jego blog rzeczywiście chcą pomóc rozwikłać sprawę, to niech zgłoszą się na komisariat i przedstawią dowody. A przy okazji może wyjaśnią, dlaczego wymierzone we mnie ulotki rozrzucono w identyczny sposób, jak kolportowane również pod osłoną nocy i dokładnie w tychże miejscach, identycznie „zapakowane” przedruki z bloga…

Tak szczerze, to już mi za bardzo nie zależy na doprowadzeniu przed sąd sprawców tamtego występku. Oni i tak się skompromitowali w oczach mieszkańców i ponieśli porażkę. W niczym mi nie zaszkodzili, a jak wiadomo, „co nam nie zaszkodzi, to nas wzmocni”. Dlatego dziś traktuję to jak przygodę, folklor i zabawne zdarzenie, śmieję się z tego. Przy okazji raz jeszcze dziękuje wszystkim tym, którzy pomogli odeprzeć ten idiotyczny szowinistyczno-polityczny atak i podtrzymali mnie na duchu.

Jerzy Chmielewski