5-2017 Widziane nie tylko z ratusza

27 maja przypada doroczny Dzień Samorządu Terytorialnego, upamiętniający datę pierwszych wolnych demokratycznych wyborów samorządowych w 1990 r. W tym roku dla wielu włodarzy polskich miast i gmin to święto nie będzie tak radosne jak w latach poprzednich ze względu na zapowiedziane przez rząd zmiany w ordynacji wyborczej. Chodzi o ograniczenie wielokadencyjności wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, które być może obejmie również dotychczasowych wieloletnich włodarzy, wyłanianych w wyborach bezpośrednich. Stąd ta niepewność i sprzeciw tejże grupy samorządowców, przede wszystkim powiązanych z PO i PSL, czyli obecną opozycją. Pozostali, a szczególnie ci z kręgów Prawa i Sprawiedliwości, od tych protestów się dystansują, uważając je za wystąpienia antyrządowe.

Wprawdzie nie zostało jeszcze przesądzone, czy dwukadencyjność ma obowiązywać wstecz, ale działacze, których ma to osobiście dotknąć, chcąc temu na wszelkie sposoby zapobiec, doprowadzili tym samym do upolitycznienia nad wyraz polskich samorządów. A przecież nie tak miało być. Reforma samorządowa, uważana za jedną z najbardziej udanych reform ustrojowych w Polsce po 1989 r., została wprowadzona, aby właśnie odpolitycznić gminy, aby jak najmniej były one zależne od władz i instytucji centralnych. Chodziło o oddanie spraw lokalnych w ręce miejscowych społeczeństw. Takie podejście, mimo że mieszkańcy nie byli przeważnie świadomi, na czym polega rola samorządu, długie lata się sprawdzało.

W ciągu blisko już trzydziestu lat funkcjonowania odrodzonego samorządu terytorialnego w kraju rządziły różne opcje polityczne – i lewicowe, i prawicowe. W naszej gminie radni i wójtowie długie lata nie byli przeważnie bezpośrednio powiązani z żadną partią polityczną. Niemal wszyscy pracownicy w jednostkach samorządowych także byli (i są) bezpartyjni. Dopiero poprzedni burmistrz doprowadził do jawnego upolitycznienia swej gminy. Początkowo miał krótkotrwały flirt z przystawką lewicy, o której dziś mało kto już pamięta, a następnie – do przegranych wyborów – był aktywnym regionalnym działaczem Platformy Obywatelskiej.

Samorząd niższego szczebla, w gminach takich jak nasza, powinien jednak być możliwie apolityczny. Angażowanie się gminnych liderów w działalność partyjną jest zawsze ryzykowne, gdyż rządzące w kraju ugrupowania się zmieniają. W obecnej rzeczywistości poparcie polityczne nie ma też już większego znaczenia dla pozyskiwania przez gminę funduszy z zewnątrz, szczególnie środków unijnych. Decyduje bowiem dobrze opracowany wniosek, który przede wszystkim musi spełniać ściśle określone wymogi formalne i jak najlepiej wpisywać się w priorytety programu, by uzyskać możliwie największą ilość punktów. Dawno skończyły się czasy, gdy wójt mógł „załatwić” dla gminy fundusze poprzez przychylność polityków i urzędników, zapraszając ich na festyny i wręczając „swojskie” upominki. Tego typu lobbowanie dziś jest postrzegane jako działania graniczące z korupcją.

Mam oto przed sobą książeczkę, wydaną przez CBA, zatytułowaną „Korupcja polityczna. Wskazówki dla przedstawicieli organów władzy wybieranych w wyborach powszechnych”. Jest w niej napisane, że korupcją polityczną jest m.in. powoływanie się na wpływy w instytucjach państwowych i samorządowych, a także przyznawanie korzystnych kontraktów lub stanowisk, kumoterstwo i nepotyzm. Za takie czyny grozi kara pozbawienia wolności.

W 2002 r. po pierwszych bezpośrednich wyborach wójtów, burmistrzów i prezydentów miast Polska należała do krajów o najniższym w Europie odsetku osób zajmujących te stanowiska od wielu lat. W 2015 r. byliśmy już pod tym względem w czołówce, obok Francji z ustabilizowaną, a nie jak u nas wciąż chwiejną demokracją.

Wciąż nie wiadomo, czy rządzące ugrupowanie (PiS) będzie w stanie przeforsować dwukadencyjność w samorządach z jednoczesnym zakazem kandydowania już w przyszłorocznych wyborach włodarzy, mających za sobą ośmioletni i dłuższy staż na tych stanowiskach. Mimo wątpliwości natury konstytucyjnej za takim rozwiązaniem według sondaży opowiada się aż prawie 60 proc. obywateli. Chcą oni ograniczenia wielokadencyjności lokalnych przywódców, gdyż jak pokazuje życie długi okres sprawowania takiej funkcji w realiach polskiej demokracji powoduje rozrastanie w gminie ich zaplecza, które nie jest zainteresowane zmianami, a już w żadnym wypadku zmianą lidera.

Interesujące dane na ten temat opublikował niedawno Dziennik Gazeta Prawna, przytaczając badania, z których wynika, że wójt/burmistrz w gminie liczącej 5-7 tys. mieszkańców (a więc takiej jak Michałowo) bezpośrednio lub pośrednio kontroluje do 300 stanowisk pracy. To osoby zatrudnione w urzędzie, podległych jednostkach oraz różnego rodzaju podmiotach uzależnionych od gminy, także gospodarczo. Do tej liczby należy dodać jeszcze członków rodzin. W sumie może to dać nawet tysiąc osób. Im dłużej ten sam wójt/burmistrz jest na stanowisku, liczba ta wzrasta. Chyba, że włodarz komuś czymś nie dogodzi, podpadnie lub w inny sposób podważy do siebie zaufanie (np. własną butą). Wnioski z tych badań są takie, że długoletni wójt/burmistrz w uprzywilejowany sposób może budować i umacniać swój twardy elektorat, by mieć niemal zapewnione zwycięstwo w następnych wyborach.

W tej kadencji jako władze samorządowe od tych niechlubnych praktyk staramy się być jak najdalej. Rządząc gminą należy bowiem z całej siły działać na rzecz dobra wspólnego, a nie kurczowo trzymać się władzy, za wszelką cenę, z myślą głównie o własnych korzyściach, pensji i przywilejach.

 

Jerzy Chmielewski