4-2017 Widziane nie tylko z ratusza

 

Jak tylko nastała wiosna, pewnego dnia wracając z pracy postanowiłem zrobić rekonesans po gminie, aby zobaczyć, co po zimie wymaga naprawy. Chodziło zwłaszcza o wiejskie drogi, które jak co roku o tej porze często stały się praktycznie nieprzejezdne. Przy okazji chciałem obejrzeć co poniektóre miejsca pod kątem czekających nas w tym roku gminnych inwestycji w tzw. terenie. A szykuje się tego naprawdę sporo. Bo to i kanalizacja w Nowej Woli, i kilka projektów z LGD, dotyczących m.in. placów zabaw i rewitalizacji parku w Jałówce, a także kilkanaście inicjatyw w ramach funduszu sołeckiego, polegających m.in. na utworzeniu miejsc spotkań mieszkańców (wiaty, altany) oraz doposażeniu wiejskich świetlic. Będą też budowane i remontowane kolejne odcinki dróg, w tym zakończą się rozpoczęte w ubiegłym roku duże prace przy przebudowie drogi Zaleszany – Jałówka.

Przejeżdżając z jednej miejscowości do drugiej, widziałem jak po zimie zaczyna wracać tam życie. Na podwórkach krzątali się właściciele, najczęściej emeryci, którzy poza sezonem mieszkają przeważnie w mieście. Wraz z wiosną zaczął się też sezon remontów – widzieliśmy robotników a to przy wymianie dachu, okien, czy kładących szalówkę, a najwięcej przy budowie nowych ogrodzeń wokół domów.

W drodze powrotnej z Bondar zatrzymał mój samochód mężczyzna, okazało się mieszkaniec Michałowa, prosząc o podwiezienie. Za jego zgodą zboczyłem nieco z głównej drogi. Mijając takie miejscowości, jak Bagniuki, Tanica, Suszcza, Juszkowy Gród, mój pasażer naraz zaczął się zastanawiać, ile lat mogą liczyć sobie te wsie. „Na pewno więcej niż sto…” – powiedział..

– A co pan na to, że co najmniej pięćset? – zapytałem.

Pasażer trochę nie dowierzał, ale nie ukrywał, że historii swojej gminy po prostu nie zna. Zacząłem mu zatem opowiadać o tysiącletnich dziejach tych ziem. Choć nie jestem historykiem, to moją wielką pasją jest odkrywanie historii mych stron rodzinnych i naszego regionu. Mam zamiar wydać kiedyś o tym większą publikację. Gawędę z przygodnym pasażerem zacząłem od tego, że ziemia michałowska jak całe nasze piękne Podlasie, to jakby cudem zachowany skrawek Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Tu wciąż słychać echa kół karety Pani Historii, przez wieki mknącej tam i z powrotem, zostawiającej po sobie ślady barwnej przeszłości – zarówno bolesnych i tragicznych, nieustannych najazdów, bitew i wojen jak i – nade wszystko – okresów wspaniałego rozkwitu tych terenów w czasach pokoju. A wszystko to za sprawą niezwykłych ludzi, z różnych narodów, religii i kultur, którym los wyznaczył tu miejsce do życia.

Mój rozmówca zagadnął jeszcze o tajemnicze nazwy naszych miejscowości, jak Supruny czy Bińdziuga, bo takich słów w języku polskim nie ma. I tu od razu przeszliśmy do odwiecznego na naszych terenach języka prostego, który teraz niestety zanika na naszych oczach. „Ale to nie jest język białoruski” – zauważył mój rozmówca. Oczywiście przyznałem mu rację, choć nie do końca, bo ta mowa – czego dowiedli naukowcy – jest gwarą tego języka. Między innymi dlatego w ostatnim spisie powszechnym narodowość białoruską zadeklarowało w naszej gminie jeszcze około tysiąca mieszkańców, ponad 10 proc. A w szkole w Michałowie białoruski nauczany jest właśnie jako język mniejszości narodowej, a nie język obcy.

Ten dialekt białoruski, a raczej nasz „prosty” tutejszy język regionalny chciałbym ocalić od zapomnienia. Spisuję co rzadsze słowa (np. vałaczonna – wielkanocny prezent od chrzestnych), legendy i przypowieści z tej barwnej i bliskiej memu sercu mowy.

Bardzo długą gawędę o tej frapującej tematyce przeprowadziłem dawno, bo dwadzieścia lat temu, z nieżyjącym już wybitnym znanym polsko-białoruskim pisarzem i intelektualistą Sokratem Janowiczem z Krynek. Na moje kilkuzdaniowe pytania rozmówca odsyłał mi potem odpowiedzi na kilka stron (gawęda miała formę pisaną). W 2000 r. ukazała się z tego książka „Nasze tysiąc lat – z Sokratem Janowiczem rozmawia Jerzy Chmielewski”. Wydaliśmy ją w dość dużym jak na współczesne realia nakładzie, bo ponad tysiąc egzemplarzy. Była adresowana do zwyczajnych czytelników, zarówno ze środowiska białoruskiego, jak i Polaków, którzy interesują się lub chcą zrozumieć białoruską historię i kulturę, w Białorusi i na Podlasiu. Książka, pamiętam, dobrze się sprzedawała, i mimo pewnej swej zadziorności (np. stwierdzenie, że „my żyjemy w dwóch kulturach jednocześnie, a inni tylko w jednej” :) została życzliwie przyjęta przez czytelników oraz krytyków, miała dobre recenzje w polskiej prasie.

I oto po wielu latach teraz w Michałowie tą wspaniałą książką – wyrywając z jej kontekstu pojedyncze zdania, moje i Sokrata Janowicza (celowo manipulując nimi i przypisując je mnie) – posłużono, się by zaatakować moją osobę jako Zastępcę Burmistrza. Z 30 na 31 marca rozrzucono po Michałowie anonimowe ulotki, wyzywające mnie od… „szowinistów i nacjonalistów białoruskich” (!?).

Do tego typu „konspiracyjnych” akcji, gdy po kryjomu pod osłoną nocy niczym w stanie wojennym są kolportowane jakieś ulotki, zdążyliśmy się w naszej gminie już przyzwyczaić, a nawet nauczyliśmy się z tym żyć i to po prostu ignorować. Ale opozycyjny blog, który je firmuje, tym razem od tego zdecydowanie się odciął i potępił, wskazując nawet, kto według bloga jest autorem tego „paszkwila”. Pozostawiam to bez komentarza, gdyż ustalenie sprawcy (sprawców) tego karygodnego czynu wydaje się być kwestią czasu, bo są naoczni świadkowie.

Ostatnio na jednym z kanałów telewizyjnych powtarzany jest amerykański serial „Columbo”. W każdym odcinku poczciwy porucznik w sposób niezwykle drobiazgowy rozwikłuje zagadkę kryminalną, zaczynając od ustalenia motywu. Właśnie – komu i dlaczego zależało, aby mnie w tak perfidny sposób zaatakować? Jednak czyniąc przede wszystkim wielką szkodę nie mnie, a gminie i naszym mieszkańcom, nie znających dotąd żadnych podziałów na tle religijnym lub narodowym. Burząc przy tym atmosferę nadchodzących Świąt Wielkanocnych. Ten religijno-narodowy motyw jest tu jednak uboczny.

Moje pozaurzędowe zainteresowania i związki ze środowiskiem mniejszości białoruskiej są mieszkańcom naszej gminy znane i dotąd nikt nie robił z tego żadnego problemu. Bo i z czego? Wiele osób po tym incydencie zgłosiło się do mnie, aby wyrazić swoje oburzenie, wszem i wobec mówiąc, by to ignorować, wrzucać ulotki od razu do kosza. Dziękuję za taką postawę i wsparcie duchowe, słowa otuchy.

Nigdy w dotychczasowej pracy w samorządzie nie zetknąłem się z najmniejszymi przejawami nieufności lokalnej społeczności z powodu swej przynależności do białoruskiej mniejszości narodowej oraz jako publicysta (redaktor naczelny miesięcznika Czasopis) i animator kultury. Osiem lat temu, gdy objąłem stanowisko dyrektora Gminnego Centrum Kultury w Gródku, pierwsze co zrobiłem, to nadałem odpowiednią rangę obchodom w gminie polskich świąt narodowych. Przedtem uroczystości patriotycznych z okazji Święta Niepodległości 11 listopada ani Konstytucji 3 Maja tam, o dziwo, nie było. To było dla mnie niezrozumiałe, więc zacząłem natychmiast organizować takie akademie.

W 2013 r. zostałem uhonorowany wysokim odznaczeniem państwowym, nadanym przez Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Srebrnym Krzyżem Zasługi w dowód uznania za moją działalność na rzecz kultury białoruskiej z podkreśleniem, że wzbogaca ona kulturę polską.

Jak zatem można mnie posądzać o tak niecne skłonności jak w tej kłamliwej i spreparowanej ulotce?! Przecież to całkiem nielogiczne.

Kochani, nie dajcie się nabrać na tak prymitywne podpuszczenia. Oto nadchodzi Wielkanoc – święto świąt. W tym roku przypada ono razem u katolików i prawosławnych. Jakie to wymowne w całej tej sytuacji. Ale i bardzo piękne zarazem. W tym samym czasie w kościołach na Gloria rozlegnie się radosne Alleluja, zaś w cerkwiach  – Chrystos Voskriesie, a następnie cudowne …I drug druga abdymiem (Obejmijmy się, uściskajmy się ze sobą, ucałujmy). W świątyniach obu wyznań tej nocy jednakowo radośnie i głośno zabrzmią wszystkie dzwony.

Wesołych Świąt Wielkanocnych! Z Vialkadniem!

Jerzy Chmielewski