3-2017 Widziane nie tylko z ratusza

Partia rządząca dąży do uchwalenia zmian w ordynacji wyborczej, które mają uzdrowić polskie samorządy. Chodzi przede wszystkim o rozbicie miejscowych układów, zawiązujących się wskutek długotrwałego sprawowania funkcji burmistrza przez tę samą osobę. Nie zawsze i wszędzie tak jest, ale jak pokazuje życie czasami do takich patologii dochodzi. Zaradzić temu ma wprowadzenie dwukadencyjności z jednoczesnym wydłużeniem kadencji  z czterech do pięciu lat.

O takim rozwiązaniu mówi się od dawna. Obecna opozycja kiedy była przy władzy, miała to również w planach. Wydaje się zatem, iż na dwukadencyjność jest w Polsce zgoda polityczna i raczej będzie to wprowadzone. Inicjatywa jest teraz w rękach PiS, a jego prezes otwarcie mówi, że ograniczenie kadencji powinno dotyczyć także dotychczasowych wójtów i burmistrzów, wyłanianych w wyborach bezpośrednich, czyli od 2002 roku. A na to już pełnej zgody politycznej nie ma. Mocno sprzeciwiają się temu włodarze miast i gmin, którym taka zmiana uniemożliwi ubieganie się o fotel włodarza na kolejną kadencję. Przekonują, że to niedobre rozwiązanie, gdyż dwukadencyjność od 2018 r. wyeliminuje bardzo wiele osób, które idei samorządności poświęciły nieraz znaczną część swego życia.

Najwięcej dyskusji budzi jednak pytanie, czy nie będzie to złamaniem demokratycznej zasady, że nowe prawo nie może działać wstecz. Sam prezes Kaczyński przekonując do słuszności takiego rozwiązania przyznaje jednocześnie, że są wątpliwości konstytucyjne. Chodzi nie tyle o działanie prawa wstecz, ale o to, że konstytucja ogranicza bierne prawo wyborcze tylko osobom, które dwukrotnie pełniły funkcję prezydenta państwa. Reszcie nie. Wątpliwości te będzie musiał rozstrzygnąć Trybunał Konstytucyjny. Znając jednak obecne realia polityczne w Polsce i zawirowania wokół trybunału, będzie szukana odpowiednia interpretacja, aby nowym przepisom nie zarzucić cech niekonstytucyjności.

Rządzącej partii chodzi w tym wszystkim także – a może i przede wszystkim – o przejęcie władzy również w samorządach. Z różnych przyczyn PiS obecnie ma tam stosunkowo niewielu swoich przedstawicieli. To zrozumiałe, że chce wykorzystać utrzymujące się wysokie poparcie w sondażach, aby to zmienić. Dodatkowo chce to sobie ułatwić poprzez ograniczenie do dwóch kadencji już od najbliższych wyborów, bo wielu konkurentów nie będzie mogło wystartować. Gdyby proponowane zmiany ordynacji wyborczej miały de facto zacząć działać dopiero za dziesięć lat, PiS może w ogóle nie podejmowałby teraz tego tematu.

Usilne dążenie do zakładanego celu widać najlepiej po ogromnym zaangażowaniu samego szefa partii, Jarosława Kaczyńskiego, który jeździ po kraju i przygotowuje społeczeństwo do zmiany ordynacji wyborczej. W wywiadach dla lokalnych mediów używa dosadnych sformułowań, mówiąc o patologii władzy i małych dyktaturkach z powodu zbyt długiego okresu sprawowania najwyższego urzędu w gminie przez tę samą osobę. Twierdzi, iż sprzyja to powstawaniu miejscowych układów, powiązań, zależności, tworzeniu się klik, koterii i sitw, następstwem czego jest nepotyzm, czyli przywileje dla krewnych i przyjaciół.

Z drugiej strony, jak pokazują badania, miasta i gminy ze stabilną władzą lepiej dbają o mieszkańców od tych, gdzie jest spora rotacja na stanowiskach liderów. Bez względu na to dwukadencyjność w samorządach wydaje się być przesądzona, o czym niektórzy politycy i to z różnych ugrupowań mówią coraz głośniej. Jeśli takie rozwiązanie wejdzie w życie, zakaz kandydowania obejmie także poprzedniego burmistrza Michałowa, który przecież po przegranych wyborach zarzekał się (nawet w mediach), że i tak już nie będzie się więcej ubiegał o ten urząd.

Przeciwnicy wprowadzenia dwukadencyjności podnoszą argument, że nowi wójtowie i burmistrzowie, którzy zajmą miejsce doświadczonych poprzedników, będą mieli za mało czasu, aby właściwie pokierować gminami i miastami. Bo pierwsza kadencja upłynie im na poznawaniu pracy na urzędzie, a w drugiej będą rozglądać się za zajęciem na przyszłość.

To już tak nie działa. W ostatnich latach, zwłaszcza po wejściu Polski do Unii Europejskiej, rola liderów samorządowych się zmienia. Wójtowie i burmistrzowie stali się bardziej administratorami niż menedżerami. Ich kompetencje i możliwości są coraz bardziej ograniczone. Na jakieś szalone wizje i pomysły nie ma teraz za bardzo miejsca. Również z przebojowością na tym stanowisku trzeba już być ostrożnym. Przy pozyskiwaniu środków zewnętrznych liczą się teraz nie znajomości i układy partyjne, traktowane nawet jako korupcja polityczna, ale dobrze napisane projekty, odpowiadające rzeczywistym potrzebom mieszkańców i realiom (pod względem możliwości zdobycia odpowiedniej ilości punktów).

Poza tym nie ma ludzi niezastąpionych. Po ostatnich wyborach w Michałowie zmienił się burmistrz. I co? Samorząd działa normalnie, a nawet sprawniej, bo atmosfera jest luźniejsza. Burmistrz Włodzimierz Konończuk wygospodarowuje budżet gminy nie mniejszy, a nawet większy niż za czasów jego poprzednika. Gmina cały czas coś robi, buduje, remontuje, doposaża, realizuje inwestycje nawet kilkumilionowe, jak zakrojona na szeroką skalę modernizacji szkoły. Za chwilę ruszy kanalizacja Nowej Woli i długo wyczekiwana budowa przedszkola.

Tymczasem „konspiracyjny” blog w Internecie  bałamuci mieszkańców, że w gminie nic się nie dzieje. Wypomina się nam jakieś irracjonalne milionowe straty, bo nie pozyskaliśmy takich pieniędzy jak na przykład na pływalnię, z której nota bene korzystają przede wszystkim mieszkańcy z zewnątrz, głównie białostoczanie, a trzeba do niej co roku dokładać prawie półtora miliona złotych z budżetu gminy.

Jerzy Chmielewski